Zawsze mówiliśmy sobie, że na dziecko przyjdzie czas

czas-na-dziecko

Zawsze mówiliśmy sobie, że na dziecko przyjdzie czas. Praca, wycieczki, kupno domu, wyjścia ze znajomymi, kariera – ciągle było nie po drodze. Aż przyszedł taki moment w życiu, że pomyśleliśmy jak nie teraz, to kiedy? Wykonałam kilka podstawowych badań, wszystko wydawało się być w porządku. Pracując w zawodzie medycznym, znając się na diagnozowaniu niepłodności i należąc do osób z natury niecierpliwych po trzech 🙂 cyklach starań poszerzyłam diagnostykę o nowe badania. Wyniki odbiegały od norm, niektóre znacznie, niektóre tylko granicznie, jednak nie były to tak drastyczne odchylenia, które mogłyby tak naprawdę wpłynąć na możliwość posiadania dziecka.

Długo się wahałam co zrobić dalej. Stwierdziłam, że daję nam rok, stoicko tłumacząc sobie – przecież tak mówi WHO. Jak nie to zmienię pracę, zredukuję poziom stresu. W między czasie odbyły się 2 nieudane inseminacje (ach ta niecierpliwość:)). Zgodnie z daną sobie obietnicą rok minął, złożyłam wypowiedzenie. Po ponad roku starań, już w pierwszym miesiącu po zmianie pracy, spóźniający się okres nie dawał mi nic do myślenia. W 40 dniu cyklu zrobiłam test – udało się. Nie było łez szczęścia, było niedowierzanie z cichą nutą radości. Cieszyłam się dokładnie 4h. Testy z krwi wskazywały na poronienie. Czasami lepiej jest nie wiedzieć od razu, co mówi wynik. Mąż tego nie rozumiał, a ja szłam do lekarza jak na ścięcie… I to był chyba największy cios, bo potem pojawił się już tylko strach, że to wszystko moja wina, że nie potrafię utrzymać ciąży. Potem kolejne nieudane cykle. Byłam zmęczona, sfrustrowana. Słowo samotność oddaje najlepiej te bezowocne starania. Kolejni znajomi spodziewają się dziecka, wszędzie widzi się kobiety w ciąży, ciągłe pytania rodziny, człowiek zaczyna się odizolowywać od bliskich mu osób, jest drażliwy.

Mniej więcej od połowy naszych starań wspierał nas dr Przybycień. Na jednej z wizyt z żalem w głosie sama stwierdziłam, że jedna ciąża biochemiczna na 17 cykli to chyba trochę za mało. Doktor poszerzył diagnostykę o bardziej zaawansowane badania immunologiczne i genetyczne. Dla mnie, mimo, że koszty ogromne, było warto. Znając przyczynę niepowodzeń, przy tak zaawansowanej medycynie nie sposób znacznej części zaburzeń nie zniwelować lekami. Na szczęście byliśmy w tej grupie osób, którym IVF i odpowiednio dobrane leki pomogły. Pamiętam do dziś jak wyszliśmy z pierwszego transferu. Wtedy został podany piękny morfologicznie zarodek i dostaliśmy komplet raportów embriologicznych. Popatrzyłam na raport z całej procedury, gdzie wypisano 4 pozostałe zarodki, które zostały zamrożone. Jeden z zamrożonych zarodków, mimo, że prawidłowy, rozwijał się wolniej od pozostałych. Wtedy powiedziałam do męża „z tego dzisiejszego transferu to chyba nic nie będzie, ale jak będziemy transferować tego najbiedniejszego, to pewnie dopiero to będzie nasze dziecko i w dodatku chłopczyk, bo chłopcy są leniwi i na pewno rozwijają się wolniej”. I tak też się stało. Trzeci transfer (właśnie tego w moim mniemaniu najsłabszego zarodka) był udany. Do tej pory pamiętam, ile wynosił wynik z krwi. Pijąc kawę w kawiarni, odświeżając stronę laboratorium, bawiłam się receptą, którą miałam wyrzucić do kosza, bo po co wykupować leki na podtrzymywanie ciąży 🙂 ?

Ktoś może powiedzieć, że to blokada psychiczna. Komórki są, anatomia w porządku, hormony wyrównane więc to na pewno psychika. Osobiście uważam, że takiej blokady nie ma. Jeżeli by istniała powinna zadziałać i w dwie strony 😉 Większość ludzi w dzisiejszych czasach planuje ciążę, bada się. Nie mam znajomych, którzy nie planowaliby dziecka z dużym wyprzedzeniem. Poza tym każda pacjentka lecząca się na niepłodność przejmuje się nieustannie. W głowie mnóstwo pytań: czy są pęcherzyki? czy rosną? czy estradiol odpowiedni? czy uda się pobrać oocyty? zapłodnić? czy się rozwiną do odpowiedniego stadium? czy są dobrej jakości? I tak w koło.

Gdyby ktoś się zapytał czy było warto? Mimo, że przyjemne to nie było (nawet przy ogromnym wsparciu personelu) mogę powiedzieć, że WARTO. Nie chodzi tylko o ten brzuszek ciążowy, pierwsze kopniaki, o te cudne niebieskie oczy wpatrujące się w nas (jeszcze :)) z bezwarunkową miłością, pierwsze usłyszane mama, tata czy wtulenia, zabawy, uśmiechy ale o cały proces leczenia niepłodności. Ktoś może powiedzieć, że taka walka to pech, nieszczęście, ale w naszym przypadku sprawiła, że znowu cieszymy się z małych rzeczy, doceniamy to co mamy, a własna pewność siebie, że możemy wszystko poszła w kąt. Nie jest już ważne nic poza zdrowiem i naszą trójką. Kiedy rozmawiam z kimś na temat IVF zawsze mówię jedno zdanie: „jedni usuwają wyrostek, drudzy biorą leki na serce, a my leczyliśmy się z powodu niepłodności”. I dumnie mogę użyć czasu przeszłego.