Długo wyczekiwana córeczka Karolinka

dlugo-wyczekiwana-coreczka

Moją batalie o dziecko zaczęłam w 2014 roku. Było to rok po laparoskopii, podczas której został usunięty guz z jajnika. Miesiące mijały bardzo szybko. Czas liczyłam od okresu do okresu. Przyjaciele znajomi rodzina współpracownicy i wszyscy inni pozostali, którzy nawet nie starali się o dziecko, zostawali szczęśliwymi rodzicami. Nam cały czas nie wychodziło. Ciągle kupowaliśmy dziecięce ubranka, niestety nie dla siebie ale jako prezent dla czyjejś pociechy. W pewnym momencie przebywanie ze szczęśliwymi rodzicami zaczęło sprawiać mi ból.

Kiedy dowiadywałam się o kolejnej ciąży z kręgu znajomych-zastanawiałam się, czy i ja zdążę zajść w ciąże zanim ona urodzi. Z każdej strony słyszałam „dobre rady” żebyśmy odpuścili, żebyśmy wrzucili na luz, wypili wino, gdzieś wyjechali na wakacje, wyłączyli głowę… itd. Moje życie toczyło się wokół dni płodnych. Potem następowała nadzieja, że może tym razem się uda. Załamanie i poczucie beznadziei przychodziło wraz z okresem. Potem znowu nadzieja na kolejne dni płodne i tak wkoło przez blisko 3 lata. Pod koniec roku 2016 przeszłam kolejna laparoskopię diagnostyczną po której zawalił się mój cały świat.

Diagnoza brzmiała – obustronna niedrożność jajowodów. Szanse na naturalne zajście w ciążę były żadne. Oczywiście nadzieja nigdy nie umiera. Wiara na cud pozostała. Po wyjściu ze szpitala próbowaliśmy wszystkiego: okłady z borowiny, herbatki ziołowe, paski świętych, którymi obwiązywałam swój brzuch, modlitwy. Niestety nic nie pomogło. Zdecydowaliśmy się nie czekać dłużej i przystąpić do procedury in vitro. Psychicznie sięgnęłam dna. Od zawsze z mężem marzyliśmy o dzieciach. Czułam jakby życie zadrwiło że mnie, jakby ktoś dał mi w twarz. Nie umieliśmy sobie wyobrazić naszego domu bez dziecięcego śmiechu. W grę wchodziła również adopcja.

Zrezygnowaliśmy jednak z tej opcji gdy uświadomiliśmy sobie, że w adoptowanym dziecku nigdy nie zobaczymy siebie. Nie mogłam powstrzymać łez, nie umiałam wierzyć, że się uda. Pomocna okazała się wizyta u psychologa, który pomógł mi zacząć myśleć pozytywnie. Stymulacja do procedury odbyła się w grudniu. Pierwszy nieudany transfer odbył się w lutym. Załamanie i rozpacz. Okazało się, że mam problem z immunologią – moje ciało samo zwalczało zarodek. Do następnego transferu podeszłam 11 kwietnia 2017 roku. Byłam obstawiona lekami. Dziennie robiłam pare zastrzyków, a w aptece zostawiałam fortunę. Pomogło ! Drugi transfer okazał się być tym szczęśliwym. Dnia 02 stycznia 2018 roku urodziła się nasza długo wyczekiwana córeczka Karolinka 🙂 !!

Dziś jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem ponieważ jestem mamą. Niby proste i oczywiste a jednak dla wielu z nas tak bardzo skomplikowane i nieosiągalne. Ja, kobieta która wygrała walkę z niepłodnością, cieszę się z każdego uśmiechu mojej córeczki. Nie wiem jak mogliśmy bez niej żyć i nie wyobrażam sobie życia bez niej. Teraz naprawdę czuję, że jestem spełniona. W końcu żyjemy normalnie tworząc wspaniałą rodzinę. Przeszliśmy bardzo ciężką, wyboistą i krętą drogę do bycia rodzicem. Każdy dzień walki, każde moje fizyczne cierpienie było warte tego, aby zostać mamą. Jedyne czego żałuje, to fakt że nie trafiłam wcześniej w ręce doktora, który spełnił moje marzenie o macierzyństwie. Teraz nie tracę już czasu. Stawiam czoła następnej walce – walce o rodzeństwo dla Karolinki 🙂